POST SCRIPTUM

rzeczytałam moją ostatnią notatkę – Sama o sobie…w zasadzie nic tam szczególnego się nie dzieje, trochę może wyszłam na dziwoląga, no bo i jestem (w porównaniu z tym co mnie otacza), ale trzeba wziąć jedną rzecz pod uwagę, a mianowicie….nie jestem teraz dorastającą panienką, i to w dodatku mieszkającą w większym mieście, a to co opisałam nie działo się w ubiegłym roku, czy dwa lata temu, a bardzo bardzo dawno.Teraz by pewnie nikogo nie „zgorszyła” moja osoba, historia, a swoim zachowaniem na pewno bym uwagi niczyjej nie zwróciła. Stety niestety mieszkam na zad…..które liczy około 15 000 mieszkańców, i choć pozornie nie wygląda na zad….to głowę daję i ręczę resztą ciała że zad….jest, i w dodatku zajebiście zakompleksionym, zaludnionym przez pustych, typowych mieszkańców zad…z maksymalnym przerostem własnego ego…i dumą większą od rozumu.
Teraz pełno jest panienek nawet w podstawówce, ubiorem przypominają tanie dziwki (myślenie mają adekwatne do image’u), włosy mogą mieć we wszystkich kolorach tęczy, albo włosów mogą być pozbawione, mogą łazić po knajpach i mieście o jakich porach im się żywnie podoba….mogą i robią wiele oczywistych rzeczy….
…a ja? Gdybym w szkole średniej przyszła na lekcje bez fartuszka, nie daj boże w makijażu, z dłuższymi paznokciami (o pomalowaniu nie wspominając), to momentalnie lądowałam za drzwiami, z uwagą, a czasami bywało że i u dyrektorki. Oczywiście nie wolno nam było zaglądać do żadnych lokali typu kawiarnia itd. – tak w dni powszednie jak i w weekendy. Oczywiście można było zaryzykować, lecz w momencie gdy dowiadywał się o tym któryś z nauczycieli, ewentualnie gdyby się go tam spotkało to….wiadomo, miało się przesrane…
Na zabawie kończącej szkołę podstawową, (8 letnią) buty na ledwo widocznym obcasie wywoływały dyskusje i były powodem krzywych spojrzeń i uwag naszych pań nauczycielek….
To że dziewczyny podpalały fajki, gadały w większości czasu o facetach, dyskotekach, ciuchach, na pewno nie było powodem do radości, ale było zdecydowanie bardziej normalnie od samotnych spacerów po parku, lesie czy tym bardziej cmentarzu, „stara maleńka” mówili na mnie czasami….
Przy okazji nadmienić mogę, że ponad wymienione już powody do dyskryminacji mojej osoby, był jeszcze jeden. Kolor mojej skóry, co ciekawe, nie jestem ani murzynką ani azjatką ani indianką, ale moja karnacja jest bardzo jasna, co nie mogło zostać niezauważone, i co było tematem niewybrednych żartów. W ogóle wszystko co wyróżniało mnie od innych było automatycznie moją wadą, co ciekawe, nie tylko rówieśnicy mnie nie akceptowali taką jaką byłam, tak samo odnosili się do mnie nauczyciele. Rodzeństwa nie miałam żadnego (mój brat zmarł rok przed moim narodzeniem), a w rodzicach nie miałam żadnego wsparcia, szczególnie w ojcu.
Ojciec miał do mnie pretensje że nie jestem taka jak inni, nie jestem „taka kobieca” jak inne, nie mam takich piersi jak koleżanki, mam nie takie zainteresowania, nie tak się ubieram, nie tak uczę, (bo powinnam mieć same 5), wszystko co robię jest generalnie nie tak. Jak już jakimś cudem ktoś chciał do mnie przyjść i kolegować się – ojciec nigdy na to nie pozwalał, bo nikt nie był odpowiedni do zabaw ze mną. W ogóle kiedyś powiedział że gdyby wiedział co ze mnie wyrośnie (mogłam mieć wtedy 10 lat) to by mnie w łyżce wody utopił, albo będzie mnie musiał rżnąć aż krew będzie tryskałć. Moja rodzina nie była rodziną patologiczną, rodzice pracowali, nie pili alkoholu, i w ogóle byli jak to się mówi „normalni”.
Ojciec – w moim wypadku to człowiek który budował we mnie uporczywie poczucie własnej beznadziejności, braku jakichkolwiek wartości, wiecznego poczucia winy, kary i wszystkiego co teraz ze mnie wyłazi pod postacią rozmaitych fobii. Mama raczej się starała nie wtrącać, i kiedy ojciec robił kolejną ze swoich awantur – mama wychodziła bez słowa zostawiając mnie samą z ojcem. Ojciec tresował mnie. Najchętniej popisywał się swoją tresurą przed innymi. Nigdy nie pozwolił sobie nic powiedzieć, zresztą i tak większość „widzów” była cicho, by tym samym uniknąć wkurzenia go, bo jak się wkurzył, był jeszcze gorszy niż normalnie. Nie będę pisać o wszystkim co wyprawiał ze mną, bo zajęło by to chyba całego bloga a przynajmniej większość, a i tak wystarczy że zajmuje tyle co zajmuje i pierniczy moje życie. Wtedy, kiedy to się działo, nie myślałam nawet że tak poważny wpływ będzie miało na mnie w dorosłości. Czasami wydaje mi się że moje życie jest jedną nie kończącą się fobią, z maleńkimi przerwami na szczyptę normalności, a ta szczypta tylko po to by pokazać jak bardzo zainfekowany jest mój umysł.
Z perspektywy czasu wydaje mi się że mój ojciec musiał być bardzo niedowartościowanym człowiekiem i zadając mi kolejne razy w postaci psychicznej jazdy, zakazów, nakazów, kar oraz publicznego wyśmiewania się ze mnie, dodawał sobie poczucia własnej wartości…ale co z tego…co za mną tego nikt mi nie skompensuje, tym bardziej nie odda….zresztą był tak miły do moich rówieśników z którymi był “na ty”, że oni albo się ze mnie jeszcze bardziej śmiali że mój ojciec jest żałosny, albo mówili że jest luzak. Ojcu oczywiście zwrócić uwagi nie mogłam że ma się z nimi nie spouchwalać bo mnie opierniczał i nie wierzył że się z niego śmieją…
Reasumując:
Po kilkunastu latach zauważyłam że:
Na rodziców za bardzo nie ma co liczyć.
Dziewczyny, chłopaki (kobiety, faceci) przesadnie dbający o swój wygląd, są zazwyczaj puści jak ich portfele po wizycie w kolejnym gabinecie kosmetycznym czy innym SPA, a na widok panienki wymalowanej z toną pudru na swej opalonej kwarcówką twarzy, szlag mnie trafia, i choć nie znam jej usposobienia, potrafi wzbudzić we mnie tyle agresji i nienawiści, co żyd w typowym ssmanie…
Nie jestem przeciwnikiem dbania o siebie, byle by to nie owładnęło umysłu i nie stało się priorytetem w życiu delikwenta, a że najwięcej nieprzemyślanych uwag i bolesnych doznań spotykało mnie właśnie od takich ludzi, mój stosunek do nich jest jaki jest i na pewno się nie zmieni. Czasami zastanawiam się jak to jest, niby mamy XXI wiek, żyjemy w rozwiniętym, oświeconym, mądrym społeczeństwie, a większość ludzi podchodzi nawet do tak delikatnych „inności” niczym kościół do czarownic w czasach inkwizycji…i jak nie jesteś cool, nie pijesz, nie jesz, nie ubierasz tego co reklamują, nie podcierasz dupy tym co reklamują, i w ogóle nie znasz reklam, to jesteś inny, zwykły…..jak proszek który pozostawia plamy…..
…i chociaż moi nieliczni przyjaciele mówili mi że to dobrze że nie jestem taka jak inni, że jestem indywidualistką i że się nie zmieniam pomimo tych uwag, że przez to jestem lepsza, to jest jak jest….i lepsza się często nie czuję, może czasami, ale cała reszta ma mnie za idiotkę, dziwną, naiwną, niedzisiejszą….czasami bardzo trudno jest z tym żyć, wcale na takim zad….na jakim żyję….
….ale zmienić się też nie chcę, nawet nie potrafię….
Więcej miałam (mam) wyśmiewców niż przyjaciół więc zdecydowanie preferuję towarzystwo przedmiotów nieożywionych, tudzież ludzi na cmentarzu – rzecz jasna tych zmarłych….
….zawsze mieli dla mnie czas….cierpliwość i rozumieli mnie…
Dziękuję im za to….
![]()








Mnie tam bardziej historia grobu ciekawi niż wrzucanie na sztucznych ludzi;). Rozumiem, że ludzie mają wiele wad, obłuda i hipokryzja zajmują wśród nich całkiem dużo miejsca, ale nie uważasz, że takie mielenie w kółko tematu o złych ludziach szkodzi przede wszystkim Tobie? Ciśnienie sobie w ten sposób podnosisz i w ogóle…:) Poza tym ja uważam, że każdy jest do pewnego stopnia hipokrytą. Trzeba więc podejść na luzie do tego rodzaju spraw! Pozdrawiam nekrofiliofilkę:).
czy będzie to dziwne jeżeli się z Tobą zgodze…